Glinik/Karpatia z Pucharem Polski
Treść
Piłkarski Puchar Polski na szczeblu podokręgu gorlickiego wzbogacił w środę gablotę z trofeami czwartoligowego Glinika/Karpatii. Stało się tak za sprawą zwycięstwa 7-2 podopiecznych trenera Josefa Zofaja nad występującym na co dzień w sądeckiej klasie okręgowej LKS Uście Gorlickie. Zaznaczmy, że była to wygrana pewna, wysoka, ani przez moment niepodlegająca dyskusji. W spotkaniu toczonym na stadionie OSiR w mieście nad Ropą padło aż dziewięć goli, przy czym aż siedem zapisali na swe konto umowni gospodarze. Ambitni uścianie odpowiedzieli trafieniami Grzegorza Matuszyka, ratując w ten sposób twarz. Gorliczanie z nawiązką wzięli zatem rewanż za ubiegłoroczny finał Pucharu Polski, w którym 1-0 najzupełniej nieoczekiwanie triumfowali szóstoligowcy. - Wynik nie wymaga właściwie komentarza - mówi Andrzej Cetnarowski, kierownik drużyny gorlickiej. - Szybko, za sprawą akcji Piotra Stępkowicza i Rafała Jurusia wyszliśmy na prowadzenie, by jeszcze w pierwszej połowie dołożyć kolejne trafienie. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił, a w ostatnich dziesięciu minutach padło tyle goli, że można byłoby nimi obdzielić dwa spotkania. W moim odczuciu ozdobą meczu była bramka strzelona po podaniu Piotra Wtorka przez Mateusza Żmigrodzkiego, który z 20 m idealnie przymierzył w dolny róg bramki strzeżonej przez Krzysztofa Mitusia, nawiasem mówiąc, naszego zawodnika, wypożyczonego jedynie do Uścia. Wysoki rezultat nie oznacza, że przeciwnik położył się przed nami. Piłkarze trenera Kuźmy walczyli ambitnie, mieli jednak pecha, bowiem trafili na wyjątkową skuteczność miejscowych. - Gratuluję rywalom zwycięstwa, nie podlega kwestii, że w pełni na nie zasłużyli - replikuje Andrzej Kuźma, trener LKS Uście Gorlickie. - Różnica dwóch klas rozgrywkowych była aż nadto wyraźna. Mecz toczył się jednak w niesprzyjającym nam terminie. Zdecydowana większość zawodników pracuje, nie wszyscy mogli na czas dojechać do Gorlic. Rozpocząłem więc z rezerwowymi zazwyczaj graczami w wyjściowej jedenastce. Dopiero w trakcie zawodów dotarło dwóch dalszych piłkarzy. Szkoda, że przy stanie 0-2 Filip Bojko nie wykorzystał rzutu karnego, bowiem spotkanie byłoby z pewnością bardziej zacięte. W sumie nie mam pretensji do swych podopiecznych. Zagrali tak, na ile było ich w środę stać. (DW) "Dziennik Polski" 2007-10-19
Autor: wa